Świadectwo nowego narodzenia - Asia

  • PDF

>>POBIERZ PLIK<<
(kliknij na "pobierz plik" prawym klawiszem myszki i wybierz z menu "Zapisz element docelowy jako...")

 

Zanim postanowiłam iść przez życie z Jezusem Chrystusem, moje życie przynajmniej z zewnątrz wyglądało na szczęśliwe i poukładane. Wiele osób znajomych mówiło mi, że ja to mam szczęście, że mi to jakoś tak wszystko wychodzi, że ja to chyba nie mam większych problemów. I rzeczywiście coś w tym było. Zawsze marzyłam o tym żeby skończyć studia, założyć rodzinę, mieć jakieś swoje gniazdko, w którym będę mogła wraz z rodzinką mieszkać, dostać dobrą pracę … . Moje marzenia spełniały się bez większych przeszkód. Skończyłam studia, w międzyczasie wyszłam za mąż, urodziłam dwoje cudownych, zdrowych dzieci, znalazłam dobrą pracę. Kupiliśmy z mężem Robertem mieszkanko, które z pomocą rodziców udało się bardzo szybko spłacić … .

Wszystko byłoby fajnie, gdyby to moje zewnętrze życie miało odbicie w moim sercu, w moim wnętrzu. Niestety tak nie było. Moje życie mogłabym porównać do pięknego, zdrowego jabłka, które swoim wyglądem zewnętrznym kusi żeby je zjeść, ale w momencie gdy przekroimy je na pół okazuje się, że wnętrze tego jabłka całkowicie nie oddaje jego wyglądu zewnętrznego. Mimo tego, że powinnam być bardzo szczęśliwa i spełniona, bo przecież dostawałam od życia co chciałam, to jednak w głębi serca czułam się osobą nieszczęśliwą, niekochaną, nie mogącą odnaleźć sensu życia. Gdzieś kiedyś słyszałam, że Bóg przygotowuje dla każdego człowieka pustkę, którą wkłada w jego serce w momencie narodzin. Jako małe dziecko nie za bardzo zdawałam sobie sprawę ze swojego stanu duchowego (jak chyba każde małe dziecko), ale w momencie kiedy zaczęłam dorastać, ta pustka którą miałam w sercu rosła razem ze mną, stawała się coraz bardziej dotkliwa, a czasami wręcz bolesna. Myślałam sobie, że spełniając swoje kolejne marzenia i plany uda mi się ją zagłuszyć. Niestety to byłoby zbyt proste.

Dzisiaj już wiem, że tą pustkę w moim życiu mógł wypełnić tylko Jezus. Całe swoje dotychczasowe życie szukałam tego czegoś, co pomogłoby mi czuć się prawdziwie szczęśliwą. Jezus Chrystus był właśnie TYM KIMŚ, kogo przez całe życie szukałam! Był moją miłością, za którą tak bardzo tęskniłam, był sensem mojego życia, którego tak bardzo szukałam. Wreszcie mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwa, kochana, spełniona i wiem po co i dla kogo żyję!

Przed moim nawróceniem miałam dwa takie momenty w życiu, kiedy mój stan zewnętrzny i wewnętrzny był spójny. Były to chwile związane z narodzinami moich dzieci. W tych cudownych chwilach był przy mnie mój mąż Robert, który dodawał mi otuchy i wspierał wtedy, kiedy najbardziej tego potrzebowałam. Mając przy boku kochającego męża i dwójkę cudownych dzieci, myślałam sobie, że nic mi już do szczęścia nie potrzeba.

Gdyby dzisiaj, ktoś się mnie zapytał o takie najszczęśliwsze chwile w moim życiu, na pewno powiedziałabym, że są to chwile związane z narodzinami moich dzieci. Powiedziałabym tak, gdyby nie fakt, że podczas pobytu na szkoleniu 16 października 2008 roku podjęłam najważniejszą decyzję w swoim życiu. Pamiętam jak tego dnia szczerze, z głębi serca zawołałam do Pana, jak wyznawałam swoje grzechy, jak przepraszałam za nie i prosiłam o przebaczenie. Tak bardzo pragnęłam porzucić swoje grzeszne życie, chciałam wszystko zacząć od nowa idąc przez życie z Jezusem Chrystusem. Prosiłam Boga żeby zamieszkał w moim sercu, żeby stał się moim Panem. Właśnie Jemu tej nocy zawierzyłam swoje życie i dostąpiłam tej cudownej łaski zbawienia.

Dzisiaj dzień mojego nowego narodzenia z Ducha Świętego jest najszczęśliwszym dniem w moim życiu. Wiem, że tak już zostanie, że nic, ani nikt tego nie zmieni. Zdałam sobie sprawę, że skoro ja, jako rodzic tak bardzo radowałam się z fizycznych narodzin moich dzieci, to jak dopiero musi się cieszyć mój Ojciec w niebie, gdy przyszłam jako grzesznik w jego otwarte ramiona!

Potrzebowałam ponad 34 lat, aby doświadczyć tej wspaniałej łaski zbawienia. Z Jezusem chodzę dopiero od kilku miesięcy i nie jestem w stanie opisać wdzięczności za to nowe życie, które otrzymałam. Wiem, że gdyby nie wspaniały Ojciec w niebie, nadal żyłabym sobie ze świadomością, że nie jestem wcale taka zła, że inni są gorsi, że sama sobie ze wszystkim poradzę. Pamiętam, że do niedawna moim mottem życiowym było powiedzenie: „Umiesz liczyć, licz na siebie”. Dziękuję Bogu, że dotknął się mojego serca i pokazał, że sama z siebie niestety nic nie mogę zrobić, że sama nie poradzę sobie z problemami dnia codziennego. Pan uświadomił mi, że właśnie bez Jego obecności w moim życiu nic, zupełnie nic nie będę mogła uczynić.

Wcześniej, przed nowym narodzeniem, wiedziałam, że istnieje ktoś taki jak Bóg. Znałam Go z lekcji religii w szkole podstawowej i średniej. Słyszałam o Bogu w kościele, do którego uczęszczałam w każdą niedzielę wraz z rodzicami i rodzeństwem. Pod koniec szkoły podstawowej rodzice coraz rzadziej chodzili do kościoła. Czasami sporadycznie zdarzało się, że przed świętami Bożego Narodzenia, bądź świętami Wielkanocnymi poszliśmy całą rodziną na msze. Oczywiście w domu „obchodziliśmy” zarówno jedne jak i drugie święta. Było malowanie i święcenie jajek, były prezenty, strojna choinka i cała masa jedzenia. Już jako mała dziewczynka zastanawiała mnie cała ta otoczka związana ze świętami, czegoś mi w tym wszystkim brakowało. W moim domu rodzinnym nigdy nie rozmawialiśmy o Bogu, nie czytaliśmy, ani nie rozważaliśmy Słowa Bożego, nigdy też wspólnie się nie modliliśmy, ani też nikt nikogo nie zachęcał do indywidualnej modlitwy. Pamiętam, że czasami sama modliłam się, ale tylko wtedy, kiedy miałam jakiś interes do Boga, czyli jak to mówi stare powiedzenie: „Jak trwoga to do Boga”.

Kiedy wyszłam za mąż i założyłam swoją własną rodzinę, praktycznie nic się nie zmieniło. Mój mąż Robert, w każdą niedzielę chodził do kościoła wraz z dziećmi (ja też od czasu do czasu wybierałam się razem z nimi). Wiedziałam, że nie daje dzieciom dobrego przykładu, zostając w domu, ale nie czułam takiej wewnętrznej potrzeby, żeby co niedzielę uczestniczyć we mszy. Poza niedzielami „obchodziliśmy” święta, które podobnie jak w moim domu rodzinnym, skupiały się głównie wokół potraw i prezentów. Pamiętam, że mimo tego, iż żyłam z dala od Boga, to w głębi serca czułam głód poznania Go. Podświadomie czułam, że On musi gdzieś tam być. Niestety z przykrością muszę stwierdzić, że nie robiłam nic, żeby ten głód zaspokoić.

Mijał rok po roku, pojawiły się problemy małżeńskie, wychowawcze, stres, przemęczenie ….., jednym słowem diabeł sobie hasał i zacierał ręce. Pierwszą osobą, która zaczęła opowiadać mi o Bogu był Rafał – mój kolega z pracy (narodził się na nowo wraz z żoną Kasią w maju 2008 r.). Pamiętam, że początkowo nie za bardzo rozumiałam, o czym on do mnie mówi, słuchałam go oczywiście, ale bardziej z grzeczności niż z ciekawości. Jak tylko mieliśmy okazję porozmawiać ze sobą, to temat był tylko jeden: Bóg, Jezus Chrystus, Duch Święty, zbawienie z łaski za darmo … . Czasami zastanawiałam się czy nie ma już ciekawszych tematów do rozmów? Ile można rozmawiać w kółko o tym Bogu? Któregoś dnia, Rafał zapytał się mnie czy mam w domu Biblię. W związku z moją przeczącą odpowiedzią, dostałam ją w prezencie. W taki oto sposób, zaczęłam czytać Pismo Święte, oczywiście robiłam to po kryjomu, żeby przypadkiem, ani mąż, ani dzieci tego nie zauważyły. Najzwyczajniej w świecie bałam się, nawet za bardzo nie wiem czego, może zadawania pytań, na które nie znałam odpowiedzi. Zaczęłam również słuchać muzyki chrześcijańskiej oraz kazań Mirosława Kulca (pastora w kościele Zielonoświątkowym w Chełmie). Oczywiście zarówno muzyki, jak i kazań słuchałam w ukryciu. Pamiętam, że o ile muzyka chrześcijańska od razu przypadła mi do gustu, o tyle kazania Kulca trochę mnie irytowały.

Wiedziałam, że w osobistej relacji z Bogiem bardzo ważna jest modlitwa, więc zaczęłam się modlić, ale robiłam to dlatego, że tak podobno trzeba, a nie z prawdziwej potrzeby serca. Z czasem, patrząc na życie Rafała dostrzegłam w nim kogoś, kogo do tej pory nie znałam, kogoś kto całkowicie przewartościował swoje życie. Wiedziałam, że to nie stało się od tak sobie. Dotarło do mnie, że tylko Bóg potrafi przemienić życie człowieka. Muszę powiedzieć, że patrząc na Rafała i jego żonę Kasię bardzo zapragnęłam żyć tak jak oni. Poczułam w sercu zazdrość, taką zdrową zazdrość. To właśnie świadectwo, jakie dawał Rafał w swoim codziennym życiu, świadectwo miłości do Boga i bliźniego, przekonało mnie ostatecznie do podjęcia decyzji, że ja też chcę oddać swoje życie w ręce Boga.

Oczywiście zanim to się stało, miałam całą masę wątpliwości, obaw, pytań. Może zabrzmi to śmiesznie, ale trochę żal mi było tego mojego grzesznego życia. Tym bardziej, że zawsze jak zrobiłam coś nie tak, to znajdowałam dla siebie usprawiedliwienie i mimo wyrzutów sumienia jakie miałam, kwestią czasu było to, żebym znowu popełniła ten sam grzech. Mogłabym przytoczyć w tym miejscu przykład picia alkoholu czy palenia papierosów. Mimo tego, że doskonale wiedziałam o tym, że nadmierne spożywanie alkoholu czy palenie papierosów samo w sobie jest złe, to od czasu do czasu robiłam to, i co najgorsze sprawiało mi to wielką przyjemność. Poza tym bałam się trochę reakcji najbliższych mi osób, nie wiedziałam w jaki sposób zareagują jak im powiem, że od teraz chcę iść przez życie z Jezusem … . Naprawdę, tych pytań i wątpliwości było bardzo dużo. Jednak dzięki Bogu, chęć służenia Panu była o wiele silniejsza, niż chęć dalszego służenia diabłu.

W październiku 2008 roku pojechałam z kilkoma osobami z pracy, w tym z Rafałem na 4 – dniowe szkolenie do hotelu „Wojciech” pod Augustowem. Hotel położony jest nad samym jeziorem, dookoła las, cisza, spokój. W ciągu dnia mieliśmy szkolenie, a popołudnia i wieczory były wolne. To szkolenie całkowicie różniło się od wcześniejszych, w jakich miałam przyjemność uczestniczyć. Wcześniej, wolne chwile po szkoleniu, spędzałam wraz z grupką osób słuchając głośnej muzyki w pubach bądź w pokojach hotelowych i oczywiście nieodłącznym towarzyszem naszych spotkań był alkohol. Wiedziałam, że to co robię nie jest dobre, ale usprawiedliwiałam się tym, że w końcu też mi się coś należy od życia, jakaś odskocznia od czasu do czasu. Potrzebowałam odpoczynku od szarej rzeczywistości, która mnie otaczała, od monotonnej codzienności, od obowiązków związanych z wychowywaniem dzieci, prowadzeniem domu. Dlatego jak tylko przytrafiała się okazja wyjazdu na szkolenie, bardzo chętnie z niej korzystałam. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że wolne popołudnia po szkoleniu można spędzać rozmawiając o Bogu, czy oglądając filmy chrześcijańskie! To zadziwiające jak Bóg, potrafi zmieniać nasze podejście do wielu spraw. Coś, co kiedyś wydawało mi się dziwne, śmieszne, czy wręcz abstrakcyjne teraz stało się rzeczywistością. Jednym z filmów jakie obejrzałam podczas pobytu na szkoleniu był film „Mama Heidi” (polecam bardzo!). Film opowiada o niesamowitej kobiecie, która wyjechała wraz z mężem i dziećmi do Afryki, aby móc właśnie tam służyć Bogu i najbiedniejszym z biednych. Niesamowite wrażanie zrobiła na mnie osobowość tej kobiety. Patrząc na nią widziałam miłość, niesamowitą, nieopisaną miłość do Boga i do dzieci. Po obejrzeniu tego filmu zdałam sobie sprawę z tego, że zawierzając swoje życie Bogu, rozpocznę wspaniałą, niekończącą się podróż, pełną niespodzianek, codziennych wyrzeczeń … . Mimo tego, że w czasie tej cudownej podróży spotka mnie wiele przykrych i bolesnych doświadczeń, wiele rozczarowań ze strony drugiego człowieka, to jednego mogę być pewna – Bóg mnie nigdy nie zawiedzie. Zapragnęłam z całego serca rozpocząć taką przygodę.

Zdałam sobie sprawę z tego, że chcąc iść przez życie z Jezusem Chrystusem, nie mogę się dalej ukrywać przed mężem i dziećmi. Nie mogę po kryjomu poznawać Boga, chować się gdzieś po kątach i czytać Biblię …. . Dlatego też podczas tego pamiętnego szkolenia, zdobyłam się na odwagę i rozmawiając z mężem Robertem przez telefon powiedziałam mu o tym, jak zmieniło się życie Rafała i Kasi, zachęcałam do przeczytania ich świadectw nawrócenia, mówiłam o tym, że praktycznie każdą wolną chwilę po szkoleniu poświęcamy na rozmowę o Bogu … . Wiedziałam, że jak wrócę do domu, to wreszcie przestanę się ukrywać, jakbym robiła coś strasznie złego i będę mogła swobodnie studiować Słowo Boże i słuchać kazań Kulca, które tak jak kiedyś mnie irytowały, tak teraz nie mogłam się od nich oderwać.

Zanim jeszcze wiedziałam, że pojadę na to szkolenie, kilka razy próbowałam w modlitwie wyznawać Bogu swoje grzechy, pokutować i prosić o nowe życie. Zawsze jednak coś lub ktoś mnie rozpraszał, a to dzieci, a to telefony, obowiązki. Nigdy nie mogłam tak naprawdę pobyć sama, w ciszy, wiedząc, że będę mogła rozmawiać z Bogiem jak długo zechcę i że nikt mi w tym nie przeszkodzi. Potrzebowałam spokoju, samotności, niczym nie zakłóconej relacji z Panem. Tak się cudownie składa, że Bóg zna nasze potrzeby, zanim my sami je poznamy. Pan podarował mi cenny czas, dał mi kolejną szansę, żebym mogła dokonać właściwego wyboru. Do końca mojego życia nie zapomnę tych wspaniałych chwil, kiedy szczerze zawołałam do Boga, kiedy tonąc w łzach przepraszałam za swoje grzechy, kiedy dziękowałam Bogu za to, że Jezus Chrystus umarł na krzyżu za moje grzechy. W moim sercu zamieszkał Jezus!

Po szkoleniu wróciłam do domu, w którym już bez ukrywania się, mogłam poznawać mojego Boga. Pamiętam, jak któregoś dnia czytałam sobie Biblię w swojej sypialni, gdy niespodziewanie stanęła przede mną moja córka Ania z niebieską, dosyć grubą książką. Zapytała mnie, czy to Pismo Święte, które trzyma w rękach, jest takie samo jak ja czytam. Bardzo mnie zdziwiło skąd Ania ma Pismo Święte, bo z tego co pamiętałam, to nie mieliśmy w domu Biblii. Totalnie mnie zaskoczyła odpowiedź Ani, z której wynikało, że dostała ją ode mnie i od mojego męża. Nie za bardzo chciało mi się wierzyć w to co mówi moja córka, więc wzięłam od niej Pismo i jakież było moje zdziwienie, gdy na pierwszej stronie zobaczyłam własnoręczną dedykację: „Na wieczną pamiątkę kochanej Aneczce w dniu 9 urodzin …”.

W tym momencie uświadomiłam sobie fakt, jak mało znaczył dla mnie Bóg przed moim nowym narodzeniem, jak był mi obcy i daleki. Teraz dziękuje Bogu za to, że to już przeszłość, że Bóg otworzył mi oczy.

Tak oto zaczęła się moja podróż z Panem. Podczas tej kilkumiesięcznej podróży doświadczyłam i nadal doświadczam wielu przygód. Czasami są to bardzo miłe przygody, a innym razem bardzo bolesne. W jednym i drugim przypadku, dziękuje Bogu z całego serca za te doznania. Wiem, że są mi potrzebne, po to, żeby Bóg zmieniał moje serce, kształtował mój charakter, moją osobowość.

Dzisiaj mam pewność, że Bóg cokolwiek by się działo na mojej drodze, zawsze będzie przy mnie, nigdy mnie nie zawiedzie i zawsze będzie gotów mi pomóc. Tak się składa, że ta pomoc, nie zawsze odpowiada moim oczekiwaniom, nie zawsze dostaje to, o co proszę. Niech będzie chwała Panu za to, że On jako wspaniały, kochający Ojciec, doskonale wie, co jest dla mnie dobre i nie spełnia wszystkich moich próśb. Dzieje się tak nie dlatego, że Bóg mnie nie kocha, ale właśnie dlatego, że tak bardzo mnie kocha! Często moja Ania przychodzi do mnie z konkretną prośbą. Ja doskonale znając moją córkę i potrafiąc przewidzieć konsekwencje spełnienia jej życzenia, czasami jestem zmuszona jej odmówić. Ania bardzo często jest wtedy na mnie zła, że jej prośba spotyka się z odmową, ale w większości przypadków słyszę potem z jej ust zdanie: „Wiesz mamo, jak zwykle miałaś rację”. Ja wiem, że tylko Bóg zawsze ma rację, nigdy się nie myli. Ja natomiast jak najbardziej mogę się mylić, i często się mylę, potrafię źle ocenić sytuację, źle doradzić. Nie raz, i nie dwa przepraszałam moją córkę, ponieważ okazało się, że jednak nie miałam racji.

Chodzenie z Bogiem, to dla mnie wspaniała szkoła życia. Szkoła, w której codziennie poznaję mojego cudownego Nauczyciela, codziennie uczę się nowych rzeczy, doświadczam wspaniałej łaski zbawienia. Co ważne nie muszę płacić za naukę pobieraną w tej szkole, a Nauczyciel dostępny jest 24 h na dobę. Tylko ode mnie zależy ile czasu będę codziennie poświęcać na lekcje, jak pilną będę uczennicą.

Pragnieniem mojego serca jest to, żeby codziennie być świadectwem dla mojego męża, dzieci, przyjaciół, znajomych i nieznajomych. Chociaż zdaje sobie sprawę z tego, że niestety nie zawsze daje swoim życiem świadectwo miłości, jaką jest Chrystus, to jednak mam pewność tego, że Jezus cały czas jest przy mnie, zarówno w chwilach dobrych, jak i tych złych. Zarówno wtedy jak postępuje zgodnie z jego Słowem, jak i wtedy, kiedy zaczynam zbaczać z właściwej drogi. W momentach, kiedy upadam wiem, że Jezus mnie podniesie i da siły do tego, żeby stawić czoło codziennym przeciwnościom losu. Teraz już wiem, że nie jestem sama. Moje dawne motto życiowe: „Umiesz liczyć, licz na siebie”, już dawno poszło w niepamięć. Obecnie w moim życiu liczy się tylko Jezus Chrystus, tylko Jego drogami chcę chodzić, tylko Jego Słowa chce słuchać, tylko Jemu chcę być posłuszna.

Chwała Bogu, Jezusowi Chrystusowi i Duchowi Świętemu.

Amen.